Wkłady własne, aplikacje i ich koszmary

img_3068

Jeśli jest zima a jarzębinie zamarzają owoce, to wszyscy piszemy aplikacje na działalność w następnym roku. Czy w NGO czy w instytucjach publicznych, lecimy z rozwianym włosem przez maraton: Komisja Europejska, MKiDN, Urząd Miasta, Urząd Marszałkowski, za chwilę zapewne jakieś instytuty, ambasady i fundacje. Albo odwrotnie. W tym czasie składamy aktualizacje i sprawozdania z roku bieżącego z żołądkiem zwiniętym w supeł.  Bo jeśli jest zima, to już wszyscy wiecie, czy tegoroczne budżety są „wykonane” czy też nie i co to dla nas mniej więcej oznacza. Stajemy wszyscy twarzą w twarz z koszmarem „wkładów własnych”. Jeśli pracujecie w instytucjach, to jeszcze drobnica. Zawsze coś tam można z ogólnych kosztów „zaliczyć”- części wynagrodzeń i pochodnych, koszty utrzymania budynków itepe. Gorzej, jeśli ciśniecie jeden-dwa projekty z niewielkiej ilości źródeł i musicie udokumentować obowiązkowy „wkład własny”. Czyli, że uzgodniona część kosztów projektu jest pokryta „ze środków własnych”. Których nie mamy. Czyli ewentualnie z innych grantów. Ale czasem ich jednak nie dostajemy.  Ostatnio nawet coraz częściej nie. Ilość źródeł dostępnych w Polsce na ten cel jest bardzo niewielka, więc każda odmowa stanowi zagrożenie dla projektu. Jeśli na wkład nie uzbieramy, to trzeba będzie zwracać całość lub część innej, zdobytej już dotacji. Skąd to diabelstwo w ogóle się wzięło? Pracowałam w paru krajach, w których bez problemu można było uzyskać środki na niewielki projekt bez wsadu do kotła. Bezwzględny ten wymóg oznacza, że im biedniejsza organizacja, tym mniejsze ma szanse na uzyskanie środków, których potrzebuje niejednokrotni bardziej niż ci duzi. Nie masz wkładu nie jesteś wiarygodna i nie spełniasz warunków regulaminu. Inne źródła, to czasem środki europejskie, ale ich zdobycie to także spory wysiłek i także one wymagają „wkładu”, nie mówiąc już o doświadczeniu i posiadaniu sieci partnerów. Te dzisiejsze „wkłady do wszystkiego” wyglądają jak kalka  z aplikacji unijnych. A największymi beneficjentami unijnych grantów są samorządy, które mają owe wkłady z naszych podatków. Organizacja musi więc być w miarę stabilna, żeby w ogóle stawać do takich konkursów nawet jako partner, nie wspominając o byciu liderem projektu. A nawet jak zdobędziecie to przy rozliczeniu czasami niektóre koszty mogą nie zostać zaliczone. Bardzo łatwo można też organizację zadusić nie dając jej możliwości zdobycia wkładu. Środki zaś na granty rosną powoli albo i nie rosną. Przybywa za to chętnych, do ich pozyskania. My zaś, najczęściej non-profitowe małe organizacje, nie prowadzące żadnej dochodowej działalności i zapewniające wolny, bezpłatny dostęp do kultury,  możemy co najwyżej wybłagiwać datki.  Jeśli jest zima, to staramy się bardzo bo wiemy, że choć spełnimy wszystkie kryteria, być może jednak na ten wkład nie uzbieramy.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s